Blog > Komentarze do wpisu

Ranczo Skinwalkera w Utah cz.1

Na naszej planecie są tysiące dziwnych i tajemniczych miejsc. Niektóre są bardzo znane, jak np. Stonehange. Mniej jest jednak takich, gdzie od wielu lat obserwowane są niewytłumaczalne zjawiska. Niewielkie ranczo, leżące w północno-wschodnim Utah, od niepamiętnych czasów jest areną manifestacji paranormalnych zdarzeń. Wydarzenia, które miały miejsce na ranczo są wręcz niesamowite. Świadkowie stykali się tam nie tylko z UFO i "Wielką Stopą", ale również z wszelkiego rodzaju innymi nieznanymi stworzeniami. Aby mieć dostęp do materiałów z pierwszej ręki nawiązaliśmy kontakt z Goergem Knappem, dziennikarzem, który badał tajemnice niezwykłego rancza w Utaha. Publikujemy materiał, który od niego otrzymaliśmy. Jeżeli zatem nie słyszeliście jeszcze o tym miejscu i rozgrywających się tam, zadziwiających zdarzeniach, koniecznie przeczytajcie pierwszą część tekstu Goergea Knappa.

Marcin Mizera

RANCZO W UTAH: NAJBARDZIEJ NIEZWYKŁE MIEJSCE NA ZIEMII?

Siedzę na białym plastykowym krześle pośród, jak się zdaje, zupełnej ciemności. Do moich piersi i ramion przypięty jest zbiór elektronicznych urządzeń: mikrofony, kamera video, Widok na fragment bardzo nietypowego rancza w Utah.urządzenie wykrywające zmiany w polu magnetycznym i licznik Geigera. Gdzieś w tej mieszaninie jest i lampa błyskowa - jedyne urządzenie, którego zasadę działania rozumiem, ale którego nie mogę znaleźć. Naprzeciw mnie ledwie co dostrzec mogę złowrogie sylwetki drzew, niektóre naprawdę przerażające. Wrogie robactwo bzyczy dookoła mojej głowy i myślę, że w pobliżu musi być jakaś otwarta gospoda, tu, w tym odległym zakątku Utah. Sto albo i więcej jardów ode mnie, za ogrodzeniem z drutu kolczastego i za małym strumyczkiem, znajdują się moi znajomi strażnicy, badacze zjawisk paranormalnych wyposażeni w swe własne kamery video, lornetki noktowizyjne i różnorodną aparaturę naukową. Ich zadaniem jest obserwowanie mnie, obserwowanie czy wydarzy się coś niezwykłego. Tej nocy jestem przynętą. Zastanawiam się tylko na co? Cicha nadzieja w tym, że mój wrodzony miernik dziwności może połączyć mnie w jakiś sposób z niezaprzeczalnie dziwaczną energią albo bytem, które jak się zdaje, skoncentrowały się na tym odległym, wiejskim obszarze, na tym jednym szczególnym, niewielkim ranczu, na którym teraz siedzę, czekając tylko aż coś zamanifestuje swą obecność.

 

Dokładnie w tym miejscu, w którym teraz siedzę miało miejsce kilka naprawdę dziwnych wydrzeń. Zdarzyło się, że przebywający tu gość spotkał się z rykiem prawie niewidocznego stworzenia, czegoś pokrewnego Predatorowi ze sławnego filmu. Zdarzyło się też, że pewien doktor fizyki mówił, że jego umysł napadnięty został i dosłownie opanowany przez pewnego rodzaju nieprzyjazną mu inteligencję, która to ostrzegła go, że nie jest tu mile widziany. Tutaj także cała grupa badaczy obserwowała w podziwie jasne drzwi albo portal, które otworzyły się w ciemności i zanim szybko zniknęły, wyszła z nich duża humanoidalna istota. To także tutaj zdarzyło się, że kilka zwierząt - bydło i psy, zostało okaleczonych, odartych z mięsa, aż do samych kości lub po prostu zniknęło.

 

Odkąd tylko pamięć sięga, ta część północno-wschodniego Utah była miejscem wręcz niewiarygodnej aktywności zjawisk paranormalnych. NOLe, Sasquatch, okaleczenia bydła, poltergeisty, fizyczne manifestacje istot, których znaleźć nie można w żadnym z ogrodów zoologicznych ani w książkach. Emerytowany nauczyciel, Junior Hicks to nieoficjalny kronikarz niewyjaśnionych zdarzeń w regionie. Skatalogował on 400 albo i więcej incydentów, większość połączonych z obserwacją NOL, ale jak mówi, miały tu miejsce tysiące innych przypadków. Hicks szacuje, że co najmniej połowa z 50.000 mieszkańców regionu widziała dziwne zjawiska w postaci latających spodków, statków o kształcie cygara, zygzakujących kul światła i tak wielu różnych obiektów, że miejscowa policja już dawno temu zarzuciła sporządzanie raportów na ten temat, (wielu stróżów prawa również było świadkami). W ciągu lat Hicks i członkowie jego rodziny również byli świadkami spotkań z UFO.

 

„Aktywność UFO naprawdę zaczęła nasilać się na początku lat 50 - tych - mówi Hicks. Były przypadki, w których cała szkoła oraz wszyscy nauczyciele widzieli te latające obiekty, które za dnia latały nad miastem. W latach 60 - tych i 70 - tych mieliśmy prawdopodobnie więcej obserwacji UFO, aniżeli jakiekolwiek inne miejsce na świecie.”

 

Ale powszechne obserwacje NOLi nie opisują do końca całego bogactwa niezwykłych zjawisk w tych okolicach. Indianie Ute byli tutaj znacznie wcześniej niż biali osadnicy. Przywódcy plemienni niechętnie rozmawiają z obcymi, ale ich ustne przekazy zawierają opisy dziwnych stworzeń i obserwacji. Folklor indiański niektóre z tych istot nazywa Skinwalkerami. Inne kultury zwą je zmiennokształtnymi, wilkołakami albo Bigfootem.

 

„Utowie rozważają to bardzo poważnie - mówi Hicks. Uważają, że Skinwalkerzy są potężnymi duchami, które są tutaj z racji tego, że przed wieloma pokoleniami Navajo rzucili na nich klątwę. Legenda koncentruje się właśnie na tym ranczu. Utowie mówią, że jest ono „ścieżką Skinwalkera”. Członkom plemienia nie pozwala się stawiać na jego obszarze stopy. Taki stan rzeczy utrzymuje się już od dawna.”

 

Ranczo, o którym mowa, rozciąga się na 480 arach dobrze nawodnionych pastwisk z kilkoma gęstymi skupiskami topoli. Składa się z trzech części, z których każda była kiedyś osobnym gospodarstwem. Po jednej stronie znajdują się gęste zarośla i niewielka rzeczka. Po drugiej jest malownicza skalna grań. Zgodnie z Hicksem Utowie znają ją jako Grań Skinwalkerów. Piaszczysta droga jest jedyną, która wiedzie do lub z rancza. Gdy ranczer Tom Gorman (imię i nazwisko fikcyjne) zakupił nieruchomość w 1994, była ona opuszczona już od 7 czy 8 lat. Gorman, jego żona i dwójka dzieci byli niezmiernie ciekawi pokaźnego zbioru zamków i zasuw na drzwiach i oknach domu. Miały je nawet szafki kuchenne. Zasuwy znajdowały się po obu stronach drzwi. Ponadto po obu stronach domu znajdowały się metalowe pale i ciężkie łańcuchy. Gorman zgadywał, że poprzedni właściciel trzymał z tyłu i od frontu domu wielkie psy strażnicze, ale nie miał pojęcia dlaczego.

 

KULOODPORNY WILK

 

Tego dnia, gdy Gormanowie wprowadzili się na swą posiadłość, otrzymali zapowiedź zdarzeń, które miały dopiero nastąpić. Na pastwisku natknęli się na niespotykanie wielkiego wilka, który ostrożnie szedł przez pole i, ku zdziwieniu wszystkich, podszedł do rodziny, zachowując się tak jakby był oswojonym zwierzęciem. Tego dnia padał deszcz, i rodzina pamięta, że sierść wilka miała zapach psa. Po kilku minutach wilk dotarł do ogrodzenia i pochwycił za pysk cielę, próbując je wyciągnąć przez pręty ogrodzenia. Gorman wraz z ojcem zaczęli bić wilka po grzbiecie kijami, ale nie wypuszczał on cielęcia. Gorman chwycił wreszcie ze swego samochodu Magnum kaliber 9 i strzelił do wilka z bliskiej odległości. Strzał nie przyniósł żadnych zauważalnych efektów.

 

Gorman władował w wilka kolejną kulę, ten wreszcie odszedł od cielęcia, ale stał wpatrzony w rodzinę, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Gorman wystrzelił z potężnej broni jeszcze dwa razy. Wielki zwierz cofnął się nieznacznie, ale nie okazywał żadnych oznak niepokoju czy bólu, na jego ciele nie było nawet kropli krwi. Zdziwiony ranczer załadował myśliwską strzelbę i strzelił do wilka raz jeszcze, znów z bliskiej odległości. Gorman to nie tylko doświadczony strzelec, ale także i wielkiego formatu myśliwy o dobrej renomie. Pięć strzałów powinno wystarczyć, aby położyć łosia, a co dopiero wilka. Piąty strzał spowodował, iż od ciała zwierzęcia oderwały się kawałki sierści i mięsa, ale nie wyglądało na to, aby to go w jakiś sposób skonsternowało. Po szóstym strzałem wilk w normalny sposób przebiegł przez pole i wszedł podmokłą gęstwinę. Gorman wraz ze swym ojcem tropili bestię przez około półtora kilometra, podążając za śladami jej łap odciśniętymi w błocie, ale te nagle urwały się, jak gdyby wilk po prostu rozpłynął się w powietrzu.

 

Po powrocie do zagrody Gorman obejrzał kawałek wilczego mięsa i orzekł, że wyglądało ono i śmierdziało, jak zgniłe mięso. Rozpytał się wśród swych sąsiadów, ale nikt zdawał się nie wiedzieć nic o jakichkolwiek udomowionych, przerośniętych wilkach w tej okolicy. W kilka tygodni później pani Gorman napotkała tak wielkiego wilka, że jego zad był na tej samej wysokości, co górna krawędź szyby, kiedy stał on obok samochodu. Wilk był w towarzystwie psowatego zwierzęcia, którego nie mogła zidentyfikować. Przez następne dwa lata członkowie rodziny i sąsiedzi mówili o obserwacji menażerii różnych dziwacznych zwierząt. Pewnego pogodnego popołudnia, Gorman i jego żona będąc w drodze na ranczo, zauważyli, że coś atakuje jednego z ich koni. Opisali to jako: „przysadziste, umięśnione, ważące około 200 funtów [90 kg], z kręconym rudym włosiem i puchatym ogonem.” Co nieco przypominało umięśnioną hienę i zdawało się sięgać swymi pazurami konia, prawie bawiąc się z nim. Gorman doszedł na odległość około 40 stóp [12 m.] od zwierzęcia, zaś ono dosłownie zniknęło na jego oczach. Puf! i nie ma. Sprawdzili stan konia i odkryli na jego nogach liczne zadrapania. (W kilka miesięcy później, żona zastępcy szeryfa donosiła o obserwacji podobnej umięśnionej i rudej istoty, która przebiegła przez posesję). Kolejny gość na ranczu doświadczył spotkania znacznie bardziej niepokojącego, a doszło do niego na środku posesji, w miejscu, gdzie wystawiony zostałem jako przynęta. Otóż gość ten, wraz z Gormanem i jego synem mówi, że zobaczyli oni rozmyte „coś” poruszające się wśród drzew, poprzez pastwisko, pokonujące w kilka sekund odległość 100 jardów. Kiedy już zbliżyło się do mężczyzn wydało z siebie przeraźliwy ryk, podobny do tego, jaki wydać mógłby wielki niedźwiedź i który był na tyle głośny, że rozszedł się w dal na odległość wielu jardów. Ale niedźwiedź to nie był. Było to, zgodnie z tym, co powiedzieli Gormanowie, prawie niewidoczne stworzenie, przypominające zakamuflowaną istotę z filmu „Predator”. Przybysz był tak przerażony, że uczepił się Gormana i nie dał mu odejść. Opuścił jednak potem ranczo i nigdy już tam nie powrócił.

 

Widziano także inne stworzenia i istoty, w tym egzotyczne, wielokolorowe ptactwo, które z pewnością nie występowało na tych obszarach i nie mogło być rozpoznane. Doszło także do wielu bliskich spotkań z ciemną, wysoką na 9 stóp [2.7 m.] bestią przypominającą Bigfoota albo Sasquatcha. (Więcej o tych zdarzeniach w dalszej części artykułu). Jeśli te wizualne doświadczenia nie wystarczą, to rodzina twierdzi, że różnorakie dziwne zdarzenia wpłynęły także na inne ich zmysły. Często wyczuwali oni nieznośny zapach piżma. Nocami pastwisko pogrążało się w światłach niczym stadion piłkarski. Mówią, że widzieli promienie światła, które wyraźnie wydostawały się spod ziemi. Także i inni mówią, że słyszeli dźwięki przypominające pracę ciężkich maszyn, które dochodziły spod ziemi. Słyszeli też i głosy. Tom, jego syn oraz kuzyn słyszeli długą rozmowę bezcielesnych istot, które porozumiewały się w niezrozumiałym języku. Męskie głosy mówiły tonem, który świadkom zdawał się kpiący i dochodził z wysokości około 20 lub więcej stóp [6 m.] nad ich głowami, choć niczego nie widzieli. Psy, które towarzyszyły trzem świadkom wyły i warczały na owe głosy, potem zaś poderwały się w panice do ucieczki. Były także fizyczne manifestacje, których łatwo nie da się wyjaśnić. Sprawdzając swe stado na trzeciej działce, Gorman zauważył, że ktoś skopał jego pastwisko. Setki funtów ziemi zostały wygrzebane na powierzchnię. Krawędzie dziur przypominały perfekcyjne, koncentryczne koła, jak gdyby ktoś wielką foremką do ciastek uderzał w pastwisko. Znaleziono także kilka mniejszych wykopów. Gormanowie donosili także o zjawiskach podobnych do kręgów zbożowych. Jedna z formacji znalezionych na polu składała się z trzech kół spłaszczonej trawy. Każde z kół miało około osiem stóp średnicy [2.4 m.] i wszystkie składały się na trójkątny układ z każdym z kół oddzielonym od siebie o około 30 stóp [9 m.]. Należy pamiętać, że na ranczo prowadzi tylko jedna droga. Każdy przybywający lub opuszczający je musiałby być prawie na pewno zauważony, jeśli nie przez samych Gormanów, to przez któregoś z ich sąsiadów.

 

NOL-e ORAZ INNE POWIETRZNE OSOBLIWOŚCI

 

Wiosną 1995r. Gormanowie zaczęli widzieć dziwne rzeczy na niebie. Doglądając swego stada, Gorman wraz z siostrzeńcem dostrzegli obiekt, który wyglądał jak jakiś turystyczny pojazd zaparkowany na ich posesji. Zbliżyli się do niego z myślą, że kierowca może mieć problemy z mechaniką. Gdy podeszli bliżej, pojazd w całkowitej ciszy odsunął się od nich. Kiedy zbliżyli się jeszcze bardziej, obiekt znowu się oddalił. Wspięli się na ogrodzenie, aby mieć stamtąd lepszy widok. To właśnie wtedy uświadomili sobie, że to nie Winnebago(duży, turystyczno-kempingowy samochód). Statek wzleciał nad czubki drzew i powoli odleciał, nie czyniąc przy tym żadnego hałasu. Z pewnością nie był to helikopter. Był dobrze widoczny i kształtem przypominał lodówkę z pojedynczym światłem na przedzie i czerwonym umieszczonym z tyłu. W niedługi czas potem wszyscy w rodzinie widywali dziwne latające obiekty. Pani Gorman mówi, że coś przypominającego niewykrywalny myśliwiec, ale w kształcie pierścienia z błyskającymi światłami dyskotekowymi, po cichu unosiło się 20 stóp [6 m.] nad jej samochodem, po czym zniknęło. Każdy z członków rodziny doświadczył powtarzających się obserwacji chmury, która zwyczajnie wisiała tuż za posiadłością. Chmurę charakteryzowały „błyskające lampki choinkowe” lub „ciche mini-eksplozje” w jej środku. Wśród innych statków powietrznych widywanych przez Gormanów, ich sąsiadów i innych świadków znajdowały się klasyczne obiekty w kształcie spodków, latające sombrera, promienie lub światła podobne do świetlówek i obiekty w kształcie cygar, o długości kilku boisk piłkarskich. Spośród wszystkich obiektów najbardziej zwyczajne były szybujące kule w różnych kształtach i kolorach. W 1995 i 1996r. Gormanowie i inni donosili o 12 różnych przypadkach obserwacji wielkich pomarańczowych kul przelatujących nad drzewami w środkowej części posiadłości. Tom Gorman twierdzi, że w wielkich pomarańczowych kulach od czasu do czasu pojawiały się dziury, a z nich wylatywały mniejsze kule. (Pobliski ranczer mówił o swych własnych spotkaniach z czymś, co nazwał latającą piłką do koszykówki).

 

Do początku 1996r. obserwacje niebieskich kul na ranczu stały się niemalże codziennością. Kule te, jak mówi się, miały rozmiar porównywany do piłki do softballu, a wykonane były ze szkła i wypełnione gazowanymi płynami, które zdawały się obracać w środku. Pan i Pani Gorman powiedzieli, że w kwietniu 1996r. obserwowali jak jedna z tych kul wielokrotnie krążyła wokół głowy jednego z ich koni. Koń był oświetlany intensywnym niebieskim światłem i rozchodził się dźwięk podobny do tego, jaki wydaje w powietrzu statyczna elektryczność, choć nie był to piorun kulisty. Kula zdawała się być inteligentnie sterowana. Gdy Gorman zbliżył się do konia z latarką, kule odleciała, manewrując zręcznie i szybko między gałęziami drzew. Gormanowie mówią, że niebieskie kule zdawały się w pewien sposób psychologicznie oddziaływać na rodzinę. Członkowie rodziny czuli rozchodzące się po nich fale albo strach, daleko przewyższające to, co może mieć naturalne przyczyny, a miało to miejsce, kiedy tylko pojawiały się kule. Oto jedno ze zdarzeń, które ostatecznie przekonało Gormanów do sprzedania rancza.

 

Pewnego majowego wieczoru roku 1996, Gorman przebywał na zewnątrz wraz ze swymi trzema psami, gdy zauważył jedną z owych niebieskich kul latającą wokół pola w pobliżu domu. Gorman spuścił psy, by pobiegły za nią. Te goniły ją i kłapały zębami, ale ona unikała schwytania i manewrowała w ten sposób, aby być tuż przed psimi nosami. Goniąc za kulą psy zawiedzione zostały przez nią przez pastwisko wprost w gęste zarośla, które wyznaczały granicę pola. Gorman mówi, że słyszał trzykrotnie przeraźliwy skowyt, potem psy zamilkły. Wołał je, ale nie odpowiedziały. Następnego ranka Gorman wyruszył na poszukiwania psów. Odnalazł jedynie trzy okrągłe miejsca z suchą i kruszącą się roślinnością. W środku każdego z kół znajdowały się grudki czarnej oleistej substancji. Gorman zakładał, że psy zostały przez coś spalone. Jedna rzecz jest pewna: psów już nigdy potem nie widziano.Ich zniknięcie skłoniło Gormana do poważnego zastanowienia się nad wyprowadzką.

 

TEJEMNICZE OKALECZENIA ORAZ INNE TAJEMNICZE WYDARZENIA Z UDZIAŁEM ZWIERZĄT

 

Jedno z okaleczonych zwierząt znalezione na ranczu (Ranczo Skinwalkera) Gormanów w Utah w marcu 1997 r.Gorman nie jest zwykłym, przeciętnym farmerem. Ma średnie wykształcenie i praktykę w opiece nad zwierzętami i uważany jest za eksperta w sztucznym zapładnianiu. Miał plany wyhodowania na tym malowniczym ranczu wysokowydajnej rasy hybryd. Jego stado, którego liczebność wahała się od 60 do 80 sztuk, składało się z drogich i cennych jałówek oraz czterech 2000 - funtowych [900 kg] rozpłodowych byków.

 

Od dnia, gdy wprowadził na ranczo swe stado, jego nadzieje prysły, gdyż zwierzęta, stały się celem ataków. Często widywano kule światła krążące dookoła głów zwierząt, które czasami reagowały bardzo gwałtownie - stado nagle się rozdzielało, wyglądało to tak jakby działała na nie jakaś tajemnicza, niewidzialna siła. To był jednak dopiero początek. Wkrótce miało być jeszcze gorzej. Choć Gormanowie pilnowali stada, coś zaczęło zbierać straszliwe żniwo. Jedna z krów znaleziona została martwa na polu. W jej oku wycięty został dziwny otwór, który był najzupełniej suchy. Nie było śladów krwi, więc Gorman zaczął zastanawiać się, co też mogło się do tego przyczynić. Wokół padłego zwierzęcia wyczuł on silny odór piżma - zapach, który miał poznać, aż za dobrze. Inne zwierzęta były oznakowane, jak gdyby przy użyciu nożyc do znakowania. O okaleczeniach zwierząt donoszono w całej Północnej Ameryce i to od kilku dekad. W typowych przypadkach uszy, oczy, wymiona oraz organy płciowe usunięte zostają z chirurgiczną precyzją. Zwierzęta Gormana poddano wszystkim z powyższych zabiegów. Jako doświadczony myśliwy i ranczer, Gorman był doskonale zaznajomiony z możliwościami naturalnych drapieżników. Nie dokonały tego kojoty ani górskie lwy. Masakra była po prostu wykonana za czysto. Na miejscu ataku nigdy nie pozostawała krew. Inne jego zwierzęta także cierpiały. Nogi jego ulubionego konia były pocięte, jak gdyby ostrymi narzędziami albo pazurami, (w powietrzu unosił się zapach piżma, gdy odkrył on rany u konia). U jego psów nastąpił rozwój paranoi. Przesiadywały one całymi dniami w budach, będąc zbyt przerażone, by wyjść po jedzenie. Jednej nocy zniknęło sześć kotów należących do rodziny.

 

Wkrótce bydło zaczęło znikać zupełnie. Jedno ze zwierząt zniknęło z pola pokrytego śniegiem. Gorman dostrzegł ślady racic wiodące na pole, które nagle zatrzymywały się, jak gdyby zwierzę zostało zabrane do góry. Gorman powiedział sobie: 1200 - funtowa [540 kg] krowa zostawia na śniegu ślady, co więc się stało z tą?

 

Ogólnie rzecz biorąc, 14 najlepszych zwierząt Gormana zostało albo pokrojonych albo zniknęło. W jednym przypadku została znaleziona okaleczona krowa w pięć minut po tym, jak sprawdzał jej stan syn Gormana. Coś wycięło dziurę - szeroką na 6 i głęboką na 18 cali [15.2 i 45.7 cm] w odbycie zwierzęcia. Wycięta część sięgała aż do jamy brzusznej krowy, mimo to na jej ciele, ani też wokół na śniegu, nie było śladów krwi. Strata 14 drogich zwierząt spowodowała, iż Gorman bliski był finansowego załamania. Pewnego kwietniowego popołudnia Gorman i jego żona udali się na szybki wypad do miasta po zakupy. Gdy przejeżdżali obok zagród, w których znajdowały się ich cztery byki, stwierdzili, że w prawdziwe kłopoty mogliby popaść wtedy, jeśli przytrafiłoby się coś któremuś z byków. Gdy wrócili na ranczo w niecałą godzinę później, wszystkie cztery byki zniknęły.

 

Gormanowie w gorączce zaczęli ich poszukiwania, ale nie mogli trafić na jakikolwiek ślad. Gorman zdecydował się zajrzeć do metalowej przyczepy. Było jednak mało prawdopodobne, że buhaje znajdzie właśnie tam, gdyż od strony zagród było do niej tylko jedno wejście, ponadto zabezpieczone metalowym drutem, który znajdował się na swym miejscu. Gorman był w szoku, gdy zobaczył, że znajdują się tam wszystkie cztery byki, upchane pomiędzy ściany przyczepy jak sardynki. Gdy wołał swoją żonę, byki ocknęły się, jak gdyby ze snu i zaczęły kopać w ściany.

 

„Po prostu nie ma mowy, żeby ktoś mógł zaciągnąć te cztery byki do tej przyczepy - mówi Colm Kelleher, mikrobiolog, który miał poznać dobrze Gormanów. Wystarczająco ciężko byłoby zaciągnąć tam choćby tylko jednego z nich, co zaś dopiero cztery sztuki? Rzecz to niemalże niewykonalna. Jedyne drzwi prowadzące z zagrody do przyczepy ciągle zabezpieczone były drutem, a na wewnętrznej ich stronie wciąż znajdowały się pajęczyny, co udowadnia, że nie było one przedtem otwierane. To tak, jakby ktoś podsłuchał rozmowę ranczerów o ich bykach i potem zdecydował się zagrać im na nerwach.”

 

 

Źródło: http://www.paranormalne.pl/topic/134-ranczo-w-utah-najbardziej-niezwykle-miejsce-na-ziemii/

środa, 04 czerwca 2014, berta202
Tagi: ranczo utah

Polecane wpisy